Czeska i Saksońska Szwajcaria – część ósma.
Po zwiedzeniu Czeskiego Raju, noclegu w niezbyt ciekawym miasteczku o nazwie Krásná Lípa i w zaledwie przyzwoitej kwaterze, ruszyliśmy zdobywać niemiecką część „Szwajcarii” – Sächsische Schweiz.
Pierwszym i najważniejszym celem była niezwykła formacja skalna – Bastei – czyli baszta. Żeby się tam dostać, dojechaliśmy do kurortu Rathen. Nie można do niego jednak wjechać od strony północnej. Parking i zakaz wjazdu są dość daleko od centrum, ponad kilometr od samej miejscowości, na dodatek od tej mniej ciekawej strony. Jadąc z Czech trzeba więc przejechać nad Łabą w Bad Schandau i dotrzeć do miejscowości Oberrathen, po południowej stronie rzeki.

Tuż przy Łabie znajduje się dość duży parking, a kawałek dalej kolejny. Kiedy przyjechaliśmy w poniedziałek o 7.00 był zupełnie pusty. Przeprawa promowa jest zaraz obok. Jest to niewielki prom pasażerski kursujący w razie potrzeby nawet co kilkanaście minut. Bilety nie są drogie – chyba 2 euro od osoby dorosłej w dwie strony. Krótka przeprawa wszystkim się podobała, z rzeki widać kurort oraz skaliste wzgórza.
Po dotarciu do Rathen, niewielkiego, ale ładnego i bardzo zadbanego miasteczka, postanowiliśmy się skierować w stronę Bastei. Najpierw jednak toaleta – i tu trzeba pamiętać, by do Niemiec zabrać dużo monet. Żeby wejść, trzeba do automatu wrzucić 0,50 euro i niestety tak jest wszędzie. Oczywiście monety o nominałach 1 i 2 euro, których mieliśmy kilka, nie nadawały się tego.
Poszliśmy główną ulicą i za pierwszym hotelem, na pierwszym skrzyżowaniu, skręciliśmy w lewo w ulicę Amselgrund. Nasz szlak rozpoczynał się 60 metrów dalej, po lewej stronie. Jest tam niepozornie wyglądająca pochyła ścieżka ze schodami w górę, odbijająca w lewo na skos od drogi. Początkowo szlak prowadził przez las z rozrzuconymi tu i ówdzie głazami, ale już po 500 metrach zaczęły się prawdziwe, wielkie skały. Nieco dalej, już na skalnych schodach, obowiązkowo trzeba skręcić do dwóch punktów widokowych: Tiedgesteinaussicht i Kanapee, które są praktycznie przy samej ścieżce, wycięte w skałach. Z obu tych miejsc roztacza się rozległy widok na dolinę Łaby.

Idąc dalej wśród skał mija się wyjście z metalową obrotową bramą, a kawałek dalej kasę. Tam ludzi było już nieco więcej, ale jeszcze nie był to tłum, zaledwie kilkanaście osób. Po wejściu znaleźliśmy się w jednym z najbardziej wywierających wrażenie miejsc. To pozostałości po XII-wiecznym zamku Neurathen. Była to strażnica wybudowana na samym szczycie potężnych skalnych kolumn. Nie zostało już z niego wiele, ale tabliczki (także po Polsku!) dobrze wyjaśniają, co gdzie było. Przechodzi się szczytami skalnych słupów, a w niektórych miejscach trasa prowadzi przez kładki ze stalowych kratownic i tam najlepiej było widać, jak wysoko nad ziemią się znaleźliśmy. Widoki były niesamowite, wrażenie robiły nawet rosnące na półkach skalnych w kilku miejscach drzewa.

Po przejściu górną częścią trasy zeszliśmy jedną „kondygnację” niżej, gdzie znajdowały się pozostałe domniemane pomieszczenia wraz ze zbiornikiem zbierającym wodę deszczową (zapewne wnoszenie jej z dołu było dużym problemem logistycznym). Po wyjściu we wcześniej wspomnianym miejscu na szlaku i ponownym dotarciu do kas, już o 8:30, okazało się, że kolejka znacznie się zwiększyła. Jak zwykle mieliśmy szczęście, kto rano wstaje ten ma gdzie parkować i nie musi stać w kolejkach.
Sto metrów dalej doszliśmy do słynnego kamiennego mostu. Choć nie jest tak stary jak zamek, bo został zbudowany w XIX wieku na potrzeby rozwijającego się ruchu turystycznego, robi olbrzymie wrażenie.

Bastei – widok na most
Na moście było znacznie więcej ludzi niż wcześniej i tam domyśliliśmy się dlaczego. Otóż znakomita większość turystów rozpoczyna wycieczkę od położonych na północnym zachodzie parkingów. Idzie się wtedy do mostu prawie płaską trasą około 500 metrów, w przeciwnym kierunku do naszego. Odnieśliśmy nawet wrażenie, że dla części tych osób most był punktem końcowym i nawet nie schodzili niżej do Neurathen.
Tak więc przeszliśmy dalej, odbijając w prawo do punktu widokowego Ferdinandstein, skąd wspaniale widać most, ruiny i całą okolicę. Na skalne schody prowadzących na niewielki taras widokowy na szczycie dostaliśmy się jeszcze bez większych przeszkód, ale kiedy schodziliśmy, była tam już spora kolejka.

Po powrocie na główną ścieżkę skręciliśmy w prawo, minęliśmy hotel i szliśmy dalej, szeroką drogą prowadzącą przez las. Dwieście metrów za hotelem, przed samym parkingiem, skręciliśmy w leśną ścieżkę po prawej stronie. Prowadzi tam niebieski, zielony i czerwony szlak. 400 metrów dalej na rozwidleniu skręca się w prawo, a po kolejnych 300 metrach, na skrzyżowaniu ścieżek, w lewo na schody prowadzące w dół. Jest tam też ścieżka w prawo prowadząca do kolejnego punktu widokowego, ale już nam się nie chciało.
Szlak prowadzi do głębokiego wąwozu Schwedenlöcher, przez który idzie się głównie schodami – według Wikipedii jest ich 777. Oczywiście na początku wszyscy je z zapałem liczyliśmy, ale szybko straciliśmy rachubę i cierpliwość. Dlatego właśnie, przez te schody, zaczęliśmy wycieczkę od łagodniejszego podejścia do Neurathen.
Jest to trasa naprawdę warta zobaczenia. Wysokie, pionowe, porośnięte mchem skały, wśród których podobno podczas wojen kryli się mieszkańcy okolicznych wiosek. Zupełnie inny klimat niż na górze, chłodno, wilgotno. Nawet malutki wodospad. No i schody. Przejście wąwozu zajęło nam prawie pół godziny.
Po zejściu do doliny przeszliśmy przez most nad rzeką i skręciliśmy w prawo. Po kilkuset metrach dotarliśmy do ładnego, podłużnego jeziorka Amselsee, wzdłuż którego idzie się promenadą, a na jego drugim końcu można wynająć łódkę lub rower wodny. Niestety w tym celu trzeba mieć drobne do automatu. Kiedy jednak znaleźliśmy kilka monet i tak stwierdziliśmy, że nie chce nam się pływać.
Szliśmy więc dalej, do Rathen, przepłynęliśmy na drugą stronę Łaby i skierowaliśmy się w stronę niewielkiego budynku z automatem do opłat za parking i toaletami. Tu pozbyliśmy się reszty monet, bo tylko tak można było zapłacić za parkowanie. Chyba nie tylko my byliśmy nieprzygotowani na parkomaty, drzwi do toalet i inne na rządne monet maszyny. Gdy czekałem na dziewczyny kilkoro Niemców zdążyło mnie zapytać o drobne. Drzwi do toalety przyjmowały tylko 50-eurocentówki, co już w ogóle było poza naszym zasięgiem finansowym – w portfelu miałem już z pół kilograma monet, niestety tych olbrzymich, czeskich, a euro jak na złość tylko w banknotach. Na szczęście jakiś dobry człowiek przed nami zablokował mechanizm w jednaj z kabin i drzwi nie domykały się.
Obok parkingu znajduje się jedna z największych w Europie miniatura kolei, co też planowaliśmy zobaczyć, ale będąc blisko zmieniliśmy zdanie. Żadni z nas miłośnicy kolei, cena wstępu dość wysoka, woleliśmy ten czas wykorzystać inaczej i ruszyliśmy w stronę twierdzy Königstein, która już rano z samochodu, z oddali, wyglądała imponująco.
Podsumowując – przeszliśmy ponad 6 kilometrów w trzy i pół godziny. Trasa nie była wymagająca, żadnych stromych podejść, tylko trochę schodów pod górę, za to bardzo dużo w dół. Wydaje mi się, że zobaczyliśmy wszystko, co było warto zobaczyć: Rathen, Neurathen, most Bastei, wąwóz i kilka najważniejszych punktów widokowych, a w tym dniu mieliśmy jeszcze inne plany. Oczywiście są tam jeszcze inne trasy i w samej okolicy Bastei można by spędzić cały dzień, ale po zobaczeniu tylu skał raczej nie ma się ochoty na więcej. Szczególnie, jeśli ma się ma 7 lat.