Czeska i Saksońska Szwajcaria – część piąta. Czeski Raj.
Po wizycie na Pańskiej Skale udaliśmy się do Czeskiego Raju, gdzie zaczęliśmy od strony południowej – od Skał Prachowskich.
Prachovské skály to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Czechach. Na małym obszarze rezerwatu znajdują się tam dziesiątki wież z piaskowca z platformami widokowymi , skalne schody i wąwozy z wąskimi szczelinami.
Po dotarciu na jeszcze pusty parking i oczywiście przebieżce – bo przy kasach okazało się, pieniądze zostały w samochodzie. Zapłaciliśmy za wstęp i zaczęliśmy zwiedzanie. Z parkingu i sprzed kas nie wyglądało to okazale, dopiero po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy potężne skalne słupy wyrastające z ziemi. Asia jak zwykle miała przygotowaną trasę, która obejmowała wszystkie najciekawsze i najbardziej widokowe miejsca. W przypadku tego miejsca dobrze jest mieć z góry zaplanowaną trasę, gdyż idąc prosto (a pierwsze rozwidlenie łatwo minąć) zobaczymy wszystko tylko z dołu.

Za kasami skierowaliśmy się prosto – główną ścieżką, żółtym i zielonym szlakiem. Po 250 metrach skręciliśmy w lewo w zielony szlak
[punkt 2 na poniższej mapie], na skalne schody. Wyszliśmy nimi na sam szczyt skał, skąd roztaczał się piękny widok na całą okolicę i przeciwległe wzniesienia.

Tam też był pierwszy punkt widokowy – jedyny nieco trudniejszy dla młodszych dzieci, ze względu na dość wysokie schody. Niewiele dalej jednak był już drugi – tym razem łatwy do wejścia, na trasie szlaku. Początkowy odcinek trasy przebiegał na zmianę przez szczyty skał, wąskie przejścia pomiędzy nimi i skalne schody. Dobrze oznaczone były boczne odnogi prowadzące do „vyhlidek” – czyli punktów widokowych, które obowiązkowo trzeba zaliczyć. Dalej, po 200 metrach schodów i skał szliśmy przez około kilometr spokojniejszą trasą [3], ale cały czas wśród skał, po czym znowu weszliśmy w wąwóz pomiędzy olbrzymie pionowe skalne słupy, oraz na schody prowadzące wąskimi szczelinami. Schodami wyszliśmy na górę, w położonym najbardziej na wschód miejscu trasy, gdzie dotarliśmy do płaskiego terenu i skrzyżowania z ławeczkami [4].

Na skrzyżowaniu skręciliśmy w prawo, nadal idąc zielonym szlakiem, ale tym razem zwyczajną, płaską leśną ścieżką. Tak blisko, a zupełnie inny krajobraz. Nagle znów wyłoniły się skały i okazało się, że jesteśmy na szczycie, podziwiając skały po przeciwnej stronie. Te, na których byliśmy wcześniej, oraz te, na które wspiąć się nie da. Choć właściwie da się, bo w różnych miejscach widać było uczepionych ludzi uprawiających wspinaczkę. Pierwszy punkt widokowy [5], do którego trzeba było odbić w prawo na rozwidleniu zielonego szlaku, nazywa się Hlaholska vyhlidka. Idąc dalej szlakiem zielonym po 350 metrach doszliśmy do odbicia Vyhlidki Miru [6], która zrobiła na nas chyba największe wrażenie. Poszliśmy dalej zielonym szlakiem, a na skrzyżowaniu oznaczonego jako „U Buku” skręciliśmy w prawo i poszliśmy szlakiem żółtym – znowu przez las.

Na kolejnym rozwidleniu poszliśmy prosto szlakiem czerwonym zgodnie ze znakami w stronę vyhlidki Ceskeho Raje [7]. I tu widoki były równie oszałamiające, jak na poprzednim punkcie widokowym.

vyhlidka Ceskeho Raje
Kolejnym zaplanowanym etapem był powrót z vyhlidki do rozwidlenia i skręcenie w lewo, schodami w dół [8] do Mysiej Dziury (żółty szlak). Według jednego z przewodników i mapy miało tam nie być przejścia, więc planowaliśmy powrót na czerwony szlak, który prowadził przez już nie tak widokową ścieżkę i kilkaset schodów do kasy i wyjścia. Okazało się jednak, że na dole jest przejście, właśnie przez Mysią Dziurę. Można nim wyjść do wąwozu w miejscu, w którym na początku odbijaliśmy w lewo na skały.
Sama mysia dziura to również miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. Jest to bardzo wąska (wg przewodnika 35cm) szczelina, a prowadzą do niej wąskie schody w dół pomiędzy skałami. Patrząc na jej rozmiar stwierdziliśmy, że może faktycznie w przewodnikach bezpieczniej było napisać że przejścia nie ma, bo chyba nie każdy się zmieści.
Kiedy kończyliśmy wycieczkę, na dole było już bardzo dużo turystów. Niestety dla nas – głodnych. W dwóch restauracjach znajdujących się blisko kas czekały tłumy. Obie knajpy prezentowały podobny poziom. Zdecydowaliśmy się na tą po prawej, gdzie jakimś cudem udało się znaleźć stolik i panowało nieco mniejsze zamieszanie. Okazało się jednak, że to dopiero połowa sukcesu, bo potrawy kupowało się przy barze, do którego prowadziła półgodzinna kolejka. Dania do wyboru to oczywiście smażony ser, pierś z kurczaka z frytkami lub knedle. Na tablicy widniało jeszcze kilka innych pozycji, ale były wykreślone. Morał z tego taki, że w sezonie lepiej nie planować tam obiadu, a ten „smažený sýr a hranolky” zjeść gdzieś, gdzie nie ma kolejek.
Cała trasa miała od parkingu ponad 4 kilometry i nie należała do trudnych. Zajęła nam około 2,5 godziny. Nawet młodsze dzieci dadzą radę, może poza tym pierwszym punktem widokowym. Wstęp do drogich nie należał – bilet rodzinny 2+2 to 180 koron (około 30 złotych). Ceny w barach były zbliżone do innych podobnych miejsc (za 4 dania zapłaciliśmy około 80-90zł), do tego oczywiście płatny parking.
Prachowskie Skały wywarły na nas olbrzymie wrażenie. Na pewno należały do pierwszej trójki najciekawszych miejsc, które odwiedziliśmy podczas tego wyjazdy. Dużo schodów i wąskie szczeliny, przez które trzeba się przeciskać, wspaniałe widoki z góry i niesamowite skalne słupy. To jest miejsce, do którego mamy ochotę jeszcze kiedyś wrócić! Tymczasem wyruszyliśmy do kolejnego celu, którym był Zamek Trosky.
Poniżej zapis naszej trasy, niezbyt dokładny, bo jednak skały nieźle tłumią sygnał GPS, oraz galeria.