Wyspa Sobieszewska: trzy lata z rzędu – część druga.
Nasze miejsce zakwaterowania miało kluczowe znaczenie. Po pierwsze – to nie wycieczka w góry, gdzie nocleg to tylko nocleg. Tu przyjechaliśmy też odpocząć i nic nie robić (w znaczeniu: nie gotować). Wybraliśmy Ośrodek Wypoczynkowy Bursztyn i to było strzałem w dziesiątkę. Ponieważ dobre rzeczy należy chwalić, muszę temu miejscu poświęcić więcej uwagi. Jest idealny dla rodzin z dziećmi.
Ośrodek znajduje się przy ulicy falowej. Do plaży jest 800 metrów, z czego 500 idzie się chodnikiem wzdłuż drogi asfaltowej. Droga jest jednak położona w lesie i prowadzi tylko do plaży, jest tam więc spokojnie. Kolejne 300 metrów to deptak w lesie. Największą zaletą „Bursztynu” jest spokój. Znajduje się on w lesie, a nawet na jego terenie, pomiędzy pawilonami, rosną drzewa. Kolejne ośrodki są kilkaset metrów bliżej centrum, jest więc zupełna cisza. Szczególnie wieczorami – nie ma tu żadnych dyskotek, wieczorami słychać najwyżej dzieci lub trzaśnięcia drzwi wejściowych do budynku (błagam, naprawcie to). Nawet przy dużej ilości gości nie odczuwa się tego, jest cicho i spokojnie.

Same pokoje nie są może najwyższej klasy, ale przyzwoite i niczego więcej nie potrzebowaliśmy. „Bursztyn” wygląda na odnowiony kilka lat temu (jeden z budynków niedawno). W 2016 roku mieliśmy nieduży pokój w ostatnim pawilonie, z dwoma pomieszczeniami i łazienką, który był całkiem przyzwoity. Rok później zabrakło miejsc i pozostał nam pokój o „obniżonym standardzie” – polegało to głównie na tym, że nie było oddzielnej umywalki, a czajnik był w łazience. Nie było też balkonu, ale za to dwa duże pokoje. Ale teściowa, którą zabraliśmy na drugi wyjazd, miała już jeden, mniejszy pokój, za to z balkonem. Wyposażenie standardowe – telewizor, czajnik i lodówka. Do mankamentów można zaliczyć trzaskające w nocy drzwi (trzeba było podłożyć zrolowany papierek), niedziałający wentylator w łazience czy odpadające drzwi w szafce, ale to drobiazgi.

Wyżywienie w Bursztynie to coś, co poza ciszą i lokalizacją podobało nam się najbardziej. Przede wszystkim wszystko było bardzo dobre. Na śniadaniach (w formie szwedzkiego stołu) wybór był olbrzymi. Praktycznie na całej długości restauracji stały stoły zastawione przeróżnymi daniami, sałatkami, wędlinami. Codziennie były też dwa podgrzewane pojemniki z jajecznicą, kiełbasami i parówkami. Kawa i herbata w dowolnej formie (z ekspresu ciśnieniowego, parzona, rozpuszczalna).
Szczególnie dobre były obiady. W 2016 i 2017 roku były szczególną atrakcją dla dzieci, gdyż codziennie wybierało się jeden z dwóch dwudaniowych zestawów (z deserem). Zapisywało się to na karteczce, a kolejnego dnia kelner podwał wybrane potrawy ładnie do stolika. Za każdym razem było jedno danie mięsne, a jedno wegetariańskie – ale te bezmięsne było zawsze bardzo wyszukane, jak np. tarta z kozim serem czy bezmięsna lazania. Pomimo tego, że na co dzień wolę mięso, tu chyba ani razu go nie zamówiłem.

W 2018 roku trochę się rozczarowaliśmy, bo to się zmieniło i obiady są już też podawane w formie szwedzkiego stołu. Ma to oczywiście swoje plusy. Każdy może wybrać co chce, a wybór jest znacznie większy niż wcześniej. Wiadomo, dzieci nie wszystko jedzą, a teraz jest do wyboru kilka potraw i jedna zupa, można tez dowolnie mieszać. Nie jest to już jednak ta jakość – trochę gorzej smakuje ryba z podgrzewacza, niż ta elegancko podana na talerzu prosto z kuchni. Na początku mały zawód, ale dla dzieci duży plus i w kolejnych dniach już nam to odpowiadało. Niemniej jednak dania nadal były bardzo dobre, świetnie przyrządzone. Szczególnie zupy zasługują na uwagę. Do tego codziennie inne desery, soki są wliczone w cenę, osobno płatny jest kompot a rodzice mogą zamówić piwo lub dzban wina. Niestety ekspres ciśnieniowy po śniadaniu jet chowany.
Na terenie ośrodka jest też niewielki plac zabaw z trampoliną, domkiem z drewna, huśtawką i zjeżdżalniami. W głównym budynku, pod restauracją, można pograć w ping-ponga, piłkarzyki, bilarda a nawet snookera (wszystko za niewielką opłatą). Można też wypożyczyć rowery (nawet z fotelikiem), ale trzeba je wcześniej zarezerwować w recepcji (o której godzinie i na jak długo). Zabrakło jedynie roweru odpowiedniego dla 11-latki (są nieco mniejsze, a później już „dorosłe”) – ale wypożyczyliśmy go w sąsiednim ośrodku.
Na równoległej ścieżce, na zachód od ośrodka, znajduje się „ścieżka sportu”. Kilka urządzeń do ćwiczeń, ruchome belki do ćwiczenia równowagi, a nawet mała ścianka wspinaczkowa. Nic wielkiego, ale zawsze to jakieś urozmaicenie dla dzieci podczas wieczornego spaceru na lody.
Pozostałe możliwości noclegu na wyspie
Oczywiście Bursztyn to nie jedyne miejsce na Wyspie Sobieszewskiej. Przeszliśmy jednak wyspę wzdłuż i wszerz, lepszych nie znaleźliśmy. Ośrodki położone bliżej centrum Sobieszewa są oczywiście bardziej oddalone od plaży, jest tam też więcej ludzi i głośniej. Jedyny, który jeszcze bralibyśmy pod uwagę, to „Vega” – ale to mniejszy ośrodek i śniadanie wyglądało na znacznie bardziej ubogie (podpatrzyliśmy przy okazji wypożyczenia roweru). Wygląda jednak nieźle i jest niewiele dalej od morza. W okolicy są też ośrodki z domkami (jeśli ktoś lubi).
Wybierając miejsce na wczasy braliśmy też pod uwagę duży ośrodek przy ulicy Lazurowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest tam jeszcze ciszej. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej. Przechodziliśmy i przejeżdżaliśmy tamtędy wielokrotnie i zawsze było głośno, na drodze było dużo ludzi, a plaża zatłoczona. Znajduje się tam też dość popularny kemping, który jest pewnie tego przyczyną. Poza tym jest stamtąd zbyt daleko na wieczorny spacer do Sobieszewa. Jest to samo centrum wyspy i właściwie we wszystkie najciekawsze miejsca na wyspie jest za daleko, żeby chodzić pieszo.
Jest jeszcze jedna możliwość – można wynająć kwaterę w domach prywatnych na wschodzie lub zachodzie Wyspy Sobieszewskiej. W tym przypadku równie byłoby cicho i spokojnie, a na plażę, choć dalej, szłoby się leśną ścieżką. Widzę tylko dwie wady takiego rozwiązania. Jedna to komary, a druga – bąki (tzw. końskie muchy, u nas nazywane też ślepcami). Po obu stronach wyspy jest wilgotno i jest to prawdziwy raj dla tych paskudztw. Idąc przez las, im dalej na wschód lub zachód wyspy, tym trudniej się od nich odgonić. O ile do komarów można się jeszcze przyzwyczaić, to do bąków ciężko. W centralnej części wyspy, czyli również w okolicach naszego ośrodka, jest sucho i komarów było bardzo mało. W pokojach nie było ich wcale – przez trzy pobyty ani razu nie włączyliśmy Raida.
Plaża
Jak już wspomniałem, na plażę idzie się drogą przez las. Jest to jednak przyjemny, 15 minutowy spacer. Samochodów nie ma tam prawie wcale, ponieważ droga prowadzi tylko do plaży. Jedynie w upalne weekendy wzmaga się ruch, a auta parkują gdzie popadnie (po czym ich właściciele znajdują mandaty za wycieraczkami). Co jednak ciekawe, są to głównie miejscowi – w większości są to samochody na gdańskich, gdyńskich czy tczewskich rejestracjach. To również świadczy o tym, że wyspa nie jest oblegana przez turystów a jej zalety dostrzegają głównie mieszkańcy okolicznych dużych miast. To bardzo ciekawe, że ludzie potrafią nawet niszczyć sobie zawieszenie zadzierając o wysokie krawężniki i jeszcze zapłacić mandat czy też zakopać się w piachu, żeby tylko dotrzeć na plażę i nie nachodzić się przy tym.

Wyjście na plażę nie jest też obstawione niezliczoną ilością odpustowych straganów. Przy wejściu na deptak są dwa sklepiki z pamiątkami, a dalej dwa lub trzy stanowiska z goframi i lodami i jeszcze kilka budek z plażowymi akcesoriami. W porównaniu do innych nadmorskich miejscowości to naprawdę niewiele i na plażę nie idzie się jak przez targowisko.

Główna plaża jest strzeżona, w przypadku dobrej pogody jest tam sporo ludzi, ale nawet w upalne dni wystarczy przejść się 100-200 metrów w prawo lub lewo, żeby mieć odcinek tylko dla siebie. Zwykle w miejscu, gdzie kończy się droga i zaczyna deptak (jest tam małe rondo i parking) skręcaliśmy w prawo, a tam leśną drogą z betonowych płyt można dojść do drugiego lub trzeciego wejścia na plażę – jest tam już całkiem spokojnie. Wracając przechodziliśmy już plażą do głównego wyjścia, gdzie obowiązkowo trzeba było kupić lody lub gofry.
Plażą można też dojść do obu krańców wyspy, ale o pieszych wędrówkach już w kolejnym wpisie.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć, co dzieje się w Sobieszewie w upalną lipcową niedzielę. W tygodniu jest naprawdę spokojnie.


