Wyjazd do Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii– część dziesiąta.
To już ostatni wpis z naszej wycieczki do Czeskiej Szwajcarii i najmniej z nią związany. Ten dzień przeznaczyliśmy na powrót, dlatego tylko krótko o miejscowości, w której nocowaliśmy, oraz o Ścieżce w Koronach Drzew w Jańskich Łaźniach, którą zaliczyliśmy po drodze do domu.
Krásná Lípa
Nocowaliśmy tu dwa razy, i w przeciwieństwie do pierwszego noclegu w Ceska Kamenice, mógłbym napisać o tej miejscowości tyle, ile jest w polskiej Wikipedii – czyli jedno zdanie. Nie ma tam absolutnie niczego ciekawego. Ten nocleg wybraliśmy głównie dlatego, że wszystko w rejonie (w rozsądnych cenach) było już zajęte.
Nasz apartament z bookingu zwrócił też naszą uwagę, bo właściciele prowadzili hodowlę lam. A że lamy były akurat na topie wśród nastolatek, to chcieliśmy, żeby i starszej córce się podobało. Jedno trzeba im przyznać, lamy były tam absolutnie wszędzie. Od breloczka w kluczach aż po szafę z pamiątkami. Żywe lamy widzieliśmy tylko w pierwszym dniu, daleko za ogrodzeniem. Niestety właścicieli nie widzieliśmy w ogóle, więc córce nie udało się do takiej lamy zbliżyć. Nie żeby to był problem, w końcu lam jest obecnie wszędzie pod dostatkiem, ale mimo wszystko trochę żałowała. Po przyjeździe nikt nie otwierał. Już myśleliśmy, że będziemy na szybko szukać noclegu, bo na bookingu nie było żadnych informacji, a mieliśmy uzgodnioną godzinę przyjazdu. Znalazłem jednak numer telefonu i wpadłem na pomysł, że zadzwonię. Okazało się, że obok drzwi jest skrytka, właścicielka podaje przez telefon kod, który należy wpisać, wtedy schowek otwiera się i można wyciągnąć klucz.
Pokój był przyzwoity, jak na czeskie standardy, to znaczy odbiegał od polskich czystością i wyposażeniem. Można było zamówić śniadanie, ale nie żałowaliśmy, że tego nie zrobiliśmy. Było dość drogie, a w jego składzie było i tak coś, za czym my akurat nie przepadamy. Kosz pełen pieczywa, musli, dżemów i innych słodkich rzeczy codziennie w magiczny sposób (bo nadal właścicieli nie zauważyliśmy) pojawiał się przed drzwiami tych, którzy mieli opłacone śniadanie. Poza tym pojawiał się dopiero po godzinie 8.00, a wtedy to my już w najgorszym wypadku wychodzimy zwiedzać. W każdym razie apartamentów „U Lamy” polecać jakoś szczególnie nie będziemy.
Janské Lázně – Ścieżka w koronach drzew
Po drodze postanowiliśmy wpaść w Karkonosze, do Jańskich Łaźni – jest tam ścieżka w koronach drzew. Planowaliśmy wybrać się na taką ścieżkę do Słowacji, ale skoro tu jest podobna, i to zupełnie po drodze, to dlaczego nie?
Na miejscu czekał na nas parking (oczywiście płatny, przy wyjeździe) i kolejka do kasy. Przy okazji, podziwiając wiszące na ścianie plakaty dowiedzieliśmy się, że leśna ścieżka miała w fazie projektu kilka wersji. Od razu na myśl przyszło mi, że to takie gotowe wzorce projektowe, które ktoś opracował, a inwestor po prostu wybiera sobie jeden i według niego buduje. Czy to w Słowacji, w Czechach, czy w innym kraju.

Na początku ścieżka prowadziła krętym pomostem zamocowanym na wysokości kilku metrów. Co jakiś czas można było przeczytać opis jednego z gatunków drzew, a obok znajdowały się metalowe celowniki, które pomagały zlokalizować opisywane drzewo. Dodatkowo, w kilku miejscach, umieszczono opcjonalną ścieżkę dla dzieci, na której trzeba było przejść na przykład po ruszających się belkach zawieszonych nad metalową siatką. Taki dreszczyk emocji dla młodszych. Na drodze stanęła nam jeszcze wielka wiewiórka, z którą można było zrobić sobie zdjęcie, po czym weszliśmy do wieży. Na parterze była wystawa edukacyjnych eksponatów, a stamtąd prowadziła kręta, spiralna trasa w górę.
Idąc pod górę co jakiś czas mijało się fragment pnia w przekroju z opisem, poza tym szło się i szło, aż doszliśmy na górę. Z góry, owszem, widok był, choć może nie jakiś wyjątkowy. Na pewno robiło wrażenie to, że jesteśmy wysoko.
Ostatnią atrakcją był dodatkowo płatny zjazd metalową, spiralną rurą, co dla starszej córki było oczywiście największą atrakcją całej „ścieżki” (dla mnie w sumie też).

Ścieżka w koronach drzew była warta uwagi, tym bardziej, że właściwie znajdowała się na naszej trasie. Na pewno nie okazała się czymś, co koniecznie trzeba widzieć. No dobrze, może i warto, ale tylko raz i nie wydaje mi się, żebyśmy chcieli jeszcze zobaczyć inną. Wiem, że w Polsce też buduje się przynajmniej jeden taki obiekt (w Beskidzie Śląskim, w rejonie Czantorii), ale nie ciągnie nas ani tam, ani na słowacką ścieżkę. Po prostu wiemy, że będzie to prawie identyczna budowla co w Czechach, może z innym widokiem. Widoki jednak zdecydowanie wolimy podziwiać ze szczytu, czy też ze „zwyczajnych” wież widokowych.