Wyspa Sobieszewska: trzy lata z rzędu – część czwarta.
Na wschodzie wyspy znajduje się drugi rezerwat – Mewia Łacha. Dla nas był on znacznie ciekawszy od Ptasiego Raju. Nie dość, że jest tam ujście Wisły (a w nieodległych planach mieliśmy dojście z dziećmi do jej źródła), to można tam spotkać foki.
Góra Orla i las
Nasza pierwsza piesza długa wycieczka w tamtym kierunku (w 2017 roku) prowadziła z hotelu Bursztyn do Świbna, jedynie zahaczając o teren rezerwatu. Szliśmy środkową częścią lasu całkiem niezłą szeroką ścieżką. Komary nie dokuczały i wyprawa okazała się całkiem udana. Chyba najważniejszym punktem trasy było zdobycie najwyższego szczytu Wyspy Sobieszewskiej – Góry Orlej.W końcu udało się to wszystkim, choć na początku wydawało się, że teściowa, która z nami wtedy była, nie da rady. Sprawa jest przecież o tyle trudna, że przecież wchodzi się tam od samego poziomu morza, a nie jak w Tatrach. Okazało się jednak, że tylko zatrzymała się, by z dołu zrobić nam zdjęcie na szczycie. Kiedy już dotarliśmy na wysokość 32 m.n.p.m., mogliśmy ruszać dalej. Doszliśmy do ostatniej ścieżki prowadzącej nad morze, po czym przeszliśmy nią do Świbna. Stamtąd już wróciliśmy autobusem do Sobieszewa.
Mewia Łacha
Nasza pierwsza wycieczka do Mewiej Łachy, w 2016 roku, ze względu na pogodę i wiek młodszej córki, odbyła się samochodem. Dojechaliśmy do Świbna, zrobiliśmy kółko przez rezerwat i wróciliśmy. Jednak to ostatnia była najciekawsza. Plan był następujący: dojechać do Świbna autobusem, dojść do rezerwatu, a stamtąd wrócić plażą do hotelu.

Od Świbna skierowaliśmy się na północ, gdzie za ostatnimi zabudowaniami (chyba port rybacki) skręca się w prawo. Trzeba tam dojść aż do ostatniej ścieżki, biegnącej około 20-30 metrów od brzegu Wisły (żeby przypadkiem nie dostać się na ścieżkę prowadzącą samym lasem).Początkowo idzie się lasem, kilkadziesiąt metrów od rzeki. Po około kilometrze ścieżka skręca i prowadzi samym brzegiem. Na tym odcinku jest dość wąsko i trzeba było przedzierać się przez wysokie trawy, aż nabraliśmy wątpliwości, czy dobrze idziemy. Sama ścieżka jednak była utwardzona, więc uznaliśmy, że tak. Mieliśmy też pewne obawy, czy wśród 2-metrowych roślin, przez które trzeba było się przedzierać, nie znajduje się Barszcz Sosnowskiego, szliśmy więc powoli. Na szczęście kawałek dalej zarośla skończyły się a dalsza część trasy prowadziła szeroki, kamiennym „deptakiem”. Niedaleko końca trasy po lewej stronie znajduje się drewniana wieża widokowa, z której można zobaczyć niewidoczne ze ścieżki jeziorko położone na terenie rezerwatu.



Nieco dalej weszliśmy na betonowe nadbrzeże rzeki. Wprawdzie była tam tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie i zakazie wchodzenia (zapewne woda może to zalać), ale innej ścieżki po prostu nie udało nam się znaleźć. Tym nadbrzeżem doszliśmy aż do barierek zakazujących wstęp do ostatniej części rezerwatu. Tam zgodnie z oznaczeniami skręciliśmy w lewo i wydmami doszliśmy do dużej, metalowej platformy widokowej.

Widok stamtąd naprawdę zrobił na nas wrażenie. To chyba największa atrakcja Wyspy Sobieszewskiej. Widać było całą Mewią Łachę, a także w oddali wysepkę, na której wylegiwało się kilkadziesiąt fok, a oprócz nich krążyło sporo kormoranów. Mieliśmy szczęście, bo na platformie był miłośnik fok – wolontariusz, który nie tylko opowiadał wszystkim turystom o fokach i kormoranach, ale też pokazywał je przez wielką lornetkę na statywie.
Stamtąd przeszliśmy na plażę do wejścia nr 1, po czym skierowaliśmy się wolnym tempem, plażą, w stronę hotelu, po drodze znajdując dość dużo bursztynów.

Całą trasa miała około 13 kilometrów i zajęła nam prawie 5 godzin, z czego 6 kilometrów przeszliśmy plażą. To była zdecydowanie jedna z naszych najmilej wspominanych pieszych wycieczek i taką właśnie trasę poleciłbym każdemu, kto lubi chodzić i znajdzie się na Wyspie Sobieszewskiej. Trzeba tylko wziąć pod uwagę, że spacer po piasku trochę daje w kość. Z drugiej jednak strony – gdzie indziej można spacerując zrobić odpoczynek w dowolnym miejscu, położyć się na piasku, zanurzyć w wodzie? To jest trasa, którą wspomina się jeszcze długo, podczas każdej męczącej górskiej wyprawy 🙂
Nasza poprzednia trasa (dojazd do Świbna samochodem i powrót lasem) miała niecałe 7 kilometrów.